
Aby każdy wierzący w Chrystusa uświadomił sobie, że jedność wszystkich chrześcijan stanowi konieczny warunek skuteczniejszego głoszenia Ewangelii
komentarz do papieskiej intencji misyjnej na styczeń

I pomyśleć, że jeszcze rok temu byłem tam – na kazachskiej ziemi... To było moje pierwsze Boże Narodzenie spędzane poza domem, bez rodziny … no właśnie, czy aby na pewno? Tak naprawdę Chromtau stało się moim domem i tam znalazłem rodzinę – ludzi, których pokochałem i chyba mogę powiedzieć, że z wzajemnością. Na pewno nie czułem się obco.
Pamiętam przygotowania do świąt – praktycznie rzecz biorąc wszyscy włączyli się w sprzątanie i dekorowanie kaplicy, każdy znalazł dla siebie jakieś zadanie. Widać było, że czują się odpowiedzialni za swoją kaplicę, za swoją parafię, że są wspólnotą. Wigilię spędziłem tylko z Księdzem Januszem. Była skromna, ale wyjątkowa. Wprawdzie z wielkim trudem, ale udało się przygotować dwanaście potraw. Odmówiliśmy Nieszpory, przełamaliśmy się opłatkiem, zjedliśmy wieczerzę wigilijną, pośpiewaliśmy kolędy i zadzwoniliśmy do naszych rodzin z życzeniami. A potem była niezapomniana Pasterka. Za oknami śnieg, w środku kaplicy ciepło, to fizyczne i to bijące z serc ludzi, którzy czekali na ten dzień cały rok. Kaplica świeciła setkami lampek, które były dosłownie wszędzie (na choinkach, ścianach, oknach itd.), ks. Janusz bowiem jakoś szczególnie upodobał sobie tę formę świątecznych ozdób :-) Dzieci natomiast garnęły się do szopki, akurat w zeszłym roku wzbogaconej o nowe, większe figurki.
Warto zaznaczyć, że w tym kraju, gdzie większość mieszkańców to muzułmanie i prawosławni (ci ostatni święta obchodzą zazwyczaj później, ze względu na różnice między kalendarzem juliańskim a gregoriańskim) Boże Narodzenie nie jest dniem wolnym od pracy. Tym większym podziwem darzę naszych parafian, którzy nie tylko „tłumnie” przybyli na Pasterkę, ale i w dzień Bożego Narodzenia przybyli na Mszę. Po niej odbyła się tradycyjna agapa, tutaj zwana „czajopiciem”. Wtedy też miało miejsce dzielenie się opłatkiem, które udało się tu zaszczepić ks. Januszowi, mimo iż generalnie na Wschodzie (poza rodzinami polskimi) ten zwyczaj nie jest znany. Nie ma też tutaj wigilijnej kolacji, może głównie dlatego, że rzadko kiedy całe rodziny należą do Kościoła.
W innych parafiach Administratury też ten okres był szczególny. Młodzież z Atyrau przygotowała pod „dyrekcją” s. Weroniki jasełka, które wystawiła nie tylko u siebie, ale i w Kulsarach oraz Uralsku! Niestety mnie nie dane było je obejrzeć.
Administrator Apostolski Atyrau, ks. bp. Janusz Kaleta w tym roku po raz dziesiąty będzie spędzał święta w Kazachstanie. Gdy przybył tu po raz pierwszy w 1999 r. (wtedy nie był jeszcze biskupem) czekało go trudne zadanie. W Atyrau nigdy nie było parafii ani księdza. 24 grudnia odprawiał pierwszą Mszę św. z ludem. Było to w hotelu, w którym mieszkali pracownicy zachodnich firm naftowych. Było tam ok. 14 osób, z których tylko kilka było katolikami, reszta to przedstawiciele innych chrześcijańskich wyznań, a nawet ludzie nie wierzący. Przełomowy był 25 grudnia, kiedy ks. Janusz poszedł do mieszkania Gierliny Mienich, 90-letniej wtedy Niemki, która przez lata była odpowiedzialna za rozwój wiary katolickiej w tym miejscu, bowiem z braku kapłana to ona chrzciła dzieci, odprowadzała zmarłych na cmentarz i przewodniczyła modlitwom. Księdzu Januszowi przyszło zdawać u niej egzamin z podstawowych modlitw i katolickich świąt, bowiem początkowo nie mogła uwierzyć, że ma do czynienia z najprawdziwszym kapłanem.
Na szczęście zdał celująco. Odprawił wtedy pierwszą Mszę św. wśród miejscowych. Była to radość dla nich i dla niego. To był zaczyn parafii w Atyrau. Dziś na pasterkę przychodzą tłumy, zarówno miejscowych, jak i obcokrajowców.
W zeszłym roku święta Księdza Biskupa też były nietypowe. Na Pasterkę pojechał bowiem do Aksaja, a więc bagatela 600 km od Atyrau, by gościć u Włochów pracujących w tamtejszym przedsiębiorstwie naftowym. Zabrał zresztą ze sobą Jowitę i Justynę (animatorki oazowe z Warszawy, przebywające w tym samym czasie co ja w Kazachstanie jako wolontariuszki misyjne), które Wigilię (drugą, bo pierwszą mieli dzień wcześniej w Atyrau) spędziły w Uralsku.
Przy tym jeszcze brała udział w Scence Bożonarodzeniowej, a przecież to wszystko trzeba przygotować, podobnie jak dekoracje itp. Dla misjonarzy i wolontariuszy zatem święta wcale do najspokojniejszych nie należą, ale może dzięki temu jest większa satysfakcja, że uczestniczy się w czymś ważnym i pięknym?
Dziś Boże Narodzenie w Kazachstanie można świętować z radością, bez większych problemów. Można wziąć udział w Eucharystii w kościele, śpiewać bez skrępowania kolędy. Ale nie zawsze tak było. Ci, którzy zostali do Kazachstanu zesłani, jeszcze w czasie II wojny światowej, zwłaszcza Polacy, wspominają ten okres ze szczególnym smutkiem. Zmuszano ich w tym dniu do pracy, by uniemożliwić świętowanie. Nie było mowy o jakichkolwiek potrawach wigilijnych, za opłatek służył przydziałowy chleb. Wśród składanych sobie życzeń dominowały te o powrocie do Polski. Kolędy śpiewano półgłosem, bez wyraźnej radości, a nawet przez łzy. Każdy zastanawiał się jak spędzają te święta jego bliscy i czy kiedykolwiek ich jeszcze zobaczy. Tęsknota, żal, samotność... Chyba najlepiej opisuje to wiersz napisany w 1940 r. przez Mariana Jonkajtysa pt. Gwiazdka w Kazachstanie: 
Oczywiście, ten obrazek jest przejaskrawiony, ale czy rzeczywiście taki rzadki? Czy my w ogóle zastanawiamy się o co chodzi w tych świętach? Czy je przeżywamy, jako rodzina, jako chrześcijanie? I co ważne – czy doceniamy je?




Rektor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie w tegorocznym liście na drugi dzień Świąt napisał: „W wielu regionach świata kamienowanie św. Szczepana, o którym słyszeliśmy w dzisiejszym czytaniu, staje się nie tyle przywoływaniem odległej historii, ile wydarzeniem dziejącym się dziś, na naszych oczach.”
Jednym z elementów przeżywanej w Ruchu Światło - Życie Modlitewnej Nowenny Miesięcy, związanej z ogłoszonym przez papieża Benedykta XVI Rokiem Kapłańskim, jest przybliżanie w każdym miesięcy sylwetki jednego ze świętych patronów, oraz cnoty którą szczególnie się wyróżniał. Przykład i świadectwo ich życia mają stać się bowiem dla nas zachętą do gorliwości w wierze i umacniać nas w tejże cnocie. 
Tak więc wbrew pozorom i pomimo wielu porażek św. Wojciech odniósł „oszałamiającą karierę” i co ciekawe, nie będąc Polakiem stał się głównym Patronem Polski. Czy przykład jego życia wciąż może być pociągający? Wydaje mi się, że bez wątpienia tak. Może szczególnie dla tych, którzy przeżywają jakiś kryzys, nie widzą swojego miejsca w świecie, w Kościele, wydaje im się, że ponoszą same porażki. Wojciech pokazuje, że potrzeba trochę cierpliwości, a właściwie ufności w Boży plan. Uczy nas dziś, że coś co w oczach ludzkich jest porażką, w oczach Bożych wcale nie musi nią być, gdyż Bóg w sobie tylko wiadomy sposób może przekuć ją w sukces.