1 stycznia 2010

30 grudnia 2009

Boże Narodzenie w Kazachstanie. Wczoraj i dziś.

I pomyśleć, że jeszcze rok temu byłem tam – na kazachskiej ziemi... To było moje pierwsze Boże Narodzenie spędzane poza domem, bez rodziny … no właśnie, czy aby na pewno? Tak naprawdę Chromtau stało się moim domem i tam znalazłem rodzinę – ludzi, których pokochałem i chyba mogę powiedzieć, że z wzajemnością. Na pewno nie czułem się obco.

Pamiętam przygotowania do świąt – praktycznie rzecz biorąc wszyscy włączyli się w sprzątanie i dekorowanie kaplicy, każdy znalazł dla siebie jakieś zadanie. Widać było, że czują się odpowiedzialni za swoją kaplicę, za swoją parafię, że są wspólnotą. Wigilię spędziłem tylko z Księdzem Januszem. Była skromna, ale wyjątkowa. Wprawdzie z wielkim trudem, ale udało się przygotować dwanaście potraw. Odmówiliśmy Nieszpory, przełamaliśmy się opłatkiem, zjedliśmy wieczerzę wigilijną, pośpiewaliśmy kolędy i zadzwoniliśmy do naszych rodzin z życzeniami. A potem była niezapomniana Pasterka. Za oknami śnieg, w środku kaplicy ciepło, to fizyczne i to bijące z serc ludzi, którzy czekali na ten dzień cały rok. Kaplica świeciła setkami lampek, które były dosłownie wszędzie (na choinkach, ścianach, oknach itd.), ks. Janusz bowiem jakoś szczególnie upodobał sobie tę formę świątecznych ozdób :-) Dzieci natomiast garnęły się do szopki, akurat w zeszłym roku wzbogaconej o nowe, większe figurki.

Warto zaznaczyć, że w tym kraju, gdzie większość mieszkańców to muzułmanie i prawosławni (ci ostatni święta obchodzą zazwyczaj później, ze względu na różnice między kalendarzem juliańskim a gregoriańskim) Boże Narodzenie nie jest dniem wolnym od pracy. Tym większym podziwem darzę naszych parafian, którzy nie tylko „tłumnie” przybyli na Pasterkę, ale i w dzień Bożego Narodzenia przybyli na Mszę. Po niej odbyła się tradycyjna agapa, tutaj zwana „czajopiciem”. Wtedy też miało miejsce dzielenie się opłatkiem, które udało się tu zaszczepić ks. Januszowi, mimo iż generalnie na Wschodzie (poza rodzinami polskimi) ten zwyczaj nie jest znany. Nie ma też tutaj wigilijnej kolacji, może głównie dlatego, że rzadko kiedy całe rodziny należą do Kościoła.

Parafia w Chromtau jest pod wezwaniem św. Rodziny, więc w to święto przypada odpust parafialny. W zeszłym roku gościnnie celebrował Eucharystię i głosił kazanie odpustowe ks. Piotr Jabłoniec, który zresztą jak się okazało kilka miesięcy potem został proboszczem tej parafii. I znów była okazja do „czajopicia” :-)

No i wreszcie Sylwester. Dziwny to dzień w Kazachstanie, zważając, że to nie jedyny Nowy Rok w tym kraju. Jest to bardziej rodzinne święto, gdyż ludzie chodzą po domach i odwiedzają swoich bliskich, sypiąc się przy tym ryżem po głowach, a świętowanie przedłuża się nierzadko co najmniej do kilku kolejnych dni.

W innych parafiach Administratury też ten okres był szczególny. Młodzież z Atyrau przygotowała pod „dyrekcją” s. Weroniki jasełka, które wystawiła nie tylko u siebie, ale i w Kulsarach oraz Uralsku! Niestety mnie nie dane było je obejrzeć.

Szczególnie zapadła mi w pamięć szopka w Aktjubińsku, która przedstawiała Dzieciątko Jezus przed tradycyjną kazachską jurtą na czarnym tle! To chyba nasze wspólne marzenie – żeby Pan Jezus narodził się w każdym domu i w każdej rodzinie na tej kazachskiej ziemi. Niestety, droga do tego jeszcze daleka. I wcale nie chodzi o to, że większość Kazachów to muzułmanie.Problemem jest raczej to, że ci, którzy uważają się za chrześcijan (bez względu na wyznanie) po latach komunizmu i ateistycznej indoktrynacji wykazują wciąż mentalność materialistyczną. Bliższy jest im Dziadek Mróz i Śnieżynka, niż żywy i prawdziwy Jezus Chrystus. Ale wierzę mocno, że z każdym kolejnym Bożym Narodzeniem Jezus Chrystus będzie przychodził na nowo i z mocą do coraz większej liczby mieszkańców tej ziemi, przynosząc im nadzieję i wolność, tę budowaną na prawdzie, której tak bardzo potrzebują.

Administrator Apostolski Atyrau, ks. bp. Janusz Kaleta w tym roku po raz dziesiąty będzie spędzał święta w Kazachstanie. Gdy przybył tu po raz pierwszy w 1999 r. (wtedy nie był jeszcze biskupem) czekało go trudne zadanie. W Atyrau nigdy nie było parafii ani księdza. 24 grudnia odprawiał pierwszą Mszę św. z ludem. Było to w hotelu, w którym mieszkali pracownicy zachodnich firm naftowych. Było tam ok. 14 osób, z których tylko kilka było katolikami, reszta to przedstawiciele innych chrześcijańskich wyznań, a nawet ludzie nie wierzący. Przełomowy był 25 grudnia, kiedy ks. Janusz poszedł do mieszkania Gierliny Mienich, 90-letniej wtedy Niemki, która przez lata była odpowiedzialna za rozwój wiary katolickiej w tym miejscu, bowiem z braku kapłana to ona chrzciła dzieci, odprowadzała zmarłych na cmentarz i przewodniczyła modlitwom. Księdzu Januszowi przyszło zdawać u niej egzamin z podstawowych modlitw i katolickich świąt, bowiem początkowo nie mogła uwierzyć, że ma do czynienia z najprawdziwszym kapłanem. Na szczęście zdał celująco. Odprawił wtedy pierwszą Mszę św. wśród miejscowych. Była to radość dla nich i dla niego. To był zaczyn parafii w Atyrau. Dziś na pasterkę przychodzą tłumy, zarówno miejscowych, jak i obcokrajowców.

W zeszłym roku święta Księdza Biskupa też były nietypowe. Na Pasterkę pojechał bowiem do Aksaja, a więc bagatela 600 km od Atyrau, by gościć u Włochów pracujących w tamtejszym przedsiębiorstwie naftowym. Zabrał zresztą ze sobą Jowitę i Justynę (animatorki oazowe z Warszawy, przebywające w tym samym czasie co ja w Kazachstanie jako wolontariuszki misyjne), które Wigilię (drugą, bo pierwszą mieli dzień wcześniej w Atyrau) spędziły w Uralsku.

Justynę i Jowitę zastąpiła w tym roku Magda, animatorka oazowa z Poznania, która w Atyrau pracuje już czwarty miesiąc. Dla niej z pewnością także będą to niezapomniane święta. W czasie Pasterki występowała w chórze (połączonym z trzech: rosyjskiego, angielskiego i włoskiego), który „Cichą Noc” śpiewał w pięciu językach, a „Adeste fideles” w czterech! To właśnie przykład, że w Kościele nie ma granic! Przy tym jeszcze brała udział w Scence Bożonarodzeniowej, a przecież to wszystko trzeba przygotować, podobnie jak dekoracje itp. Dla misjonarzy i wolontariuszy zatem święta wcale do najspokojniejszych nie należą, ale może dzięki temu jest większa satysfakcja, że uczestniczy się w czymś ważnym i pięknym?

Dziś Boże Narodzenie w Kazachstanie można świętować z radością, bez większych problemów. Można wziąć udział w Eucharystii w kościele, śpiewać bez skrępowania kolędy. Ale nie zawsze tak było. Ci, którzy zostali do Kazachstanu zesłani, jeszcze w czasie II wojny światowej, zwłaszcza Polacy, wspominają ten okres ze szczególnym smutkiem. Zmuszano ich w tym dniu do pracy, by uniemożliwić świętowanie. Nie było mowy o jakichkolwiek potrawach wigilijnych, za opłatek służył przydziałowy chleb. Wśród składanych sobie życzeń dominowały te o powrocie do Polski. Kolędy śpiewano półgłosem, bez wyraźnej radości, a nawet przez łzy. Każdy zastanawiał się jak spędzają te święta jego bliscy i czy kiedykolwiek ich jeszcze zobaczy. Tęsknota, żal, samotność... Chyba najlepiej opisuje to wiersz napisany w 1940 r. przez Mariana Jonkajtysa pt. Gwiazdka w Kazachstanie:

Hej Kolęda, Kolęda - zawołajmy na głos
     Czemu Gwiazdko przywiodłaś nas pod Pietopawłowsk?
     Ale skoro przywiodłaś?… Niech i tak już będzie
     I tylko się nie obraź po naszej Kolędzie.
          Hej Kolędo, hej!
          Śniegiem wietrze wiej!…
     Czemu to pastuszkowie podczas srogiej zimy
     Podsłuchują pod drzwiami o czym my mówimy?
     Czemuż oni, miejscowi kołchozowi chłopcy
     Donoszą, że śpiewamy coś w języku obcym?
          Hej Kolędo, hej!…
     Czemu dzień wykreślili Jezuska narodzin?
     W Stajence osiedlili siedem licznych rodzin?
     Czemu wołu, osiołka, owcę i barana
     Sprzedali w punkcie skupu i pili do rana?
          Hej Kolędo, hej!…
     I odpowiedz gwiazdeczko czemu tak się dzieje,
     Że władzę ignoranci mają i złodzieje?
     Czemu Dary Królewskie i przeróżne wota
     Rozkradli, splugawili, wrzucili do błota?
          Hej Kolędo, hej!…
     I odpowiedz nam wreszcie, jeśli jesteś w stanie
     Czemu dziś, nam Polakom świecisz w Kazachstanie?
     I dlaczego, tak jakby jesteś mniej promienna?
     Dlaczego czerwona? I pięcioramienna?!
          Hej Kolędo, hej!…













Przemek

Więcej zdjęć i informacji o Kazachstanie na:
* www.catholic-kazakhstan.org/Atyrau/Pl/index.htm
* www.oaza-diakoniamisyjna.blogspot.com
Zajrzyj koniecznie!

26 grudnia 2009

"Kamienowanie Szczepana na naszych oczach", czyli Święta pod znakiem prześladowań

W jednej z łódzkich kamienic do wigilijnego stołu zasiadają Kowalscy. Typowa, polska rodzina, katolicka, przynajmniej według statystyk. To ważny dzień, w końcu od tygodnia trwały przygotowania. Oczywiście mowa o zakupach, sprzątaniu i gotowaniu. Jeszcze tylko kilka drobnych sprzeczek, chwila dąsów najstarszej córki, dla której pójście do kościoła na pasterkę to strata czasu i można zasiąść do stołu. Dzielenie się opłatkiem poszło szybko, w końcu nieśmiertelne: „zdrowia, szczęścia, pomyślności i szampańskiego sylwestra” nie zajmują zbyt wiele czasu. Zatem można już zabrać się do jedzenia. Najmłodszy syn nieśmiało zaproponował, by wyłączyć telewizor na czas wieczerzy, ale został zbyty milczeniem przez resztę rodziny, więc próby już nie ponawiał. Dołączył do siostry, która skupiła się na rozpakowywaniu prezentów. Nowa mp4 wyraźnie jej się spodobała, bo po chwili zamknęła się w pokoju, by ją przetestować. Mały zajął się grą komputerową, tata zasiadł do sensacyjnego filmu, który akurat leciał w telewizji, a mama … cóż... w końcu ktoś musi posprzątać po skończonej kolacji...

Oczywiście, ten obrazek jest przejaskrawiony, ale czy rzeczywiście taki rzadki? Czy my w ogóle zastanawiamy się o co chodzi w tych świętach? Czy je przeżywamy, jako rodzina, jako chrześcijanie? I co ważne – czy doceniamy je?

Weźmy chociaż taki drugi dzień świąt. Oczywiście tradycyjnie udajemy się do kościoła w tym dniu, ale czy zastanawiamy się nad jego sensem? Jeszcze wczoraj świętowaliśmy przecież narodziny Jezusa. Były kolędy o Dzieciątku Jezus, zachwyt nad szopką, w domu choinka, atmosfera radości, spokoju i błogości, żeby nie powiedzieć sielanki. A więc skąd nagle ten Szczepan? Czytanie z Dziejów Apostolskich o jego ukamienowaniu oraz Ewangelia o prześladowaniach, jakich z powodu Chrystusa będą doświadczać Jego uczniowie, na pozór raczej nie współbrzmią dobrze z klimatem Bożego Narodzenia. No właśnie, na pozór! Św. Szczepan wprowadza nas bowiem w głębszą kontemplację Chrystusowego Wcielenia. Przypomina nam, że Jezus przyszedł na świat jako światłość i że my mamy o tej światłości dawać świadectwo. Szczepan pokazuje, że Ewangelia jest trudna i wymagająca, ale warta każdej ceny. A jaką cenę za wierność Ewangelii dziś ponoszą chrześcijanie, pokazują nam bracia i siostry w wielu miejscach na świecie. Spójrzmy na kilka przykładów:


Indonezja. Czwartek, grudniowa noc. W jednym z hoteli w małym mieście we wschodniej części wyspy Jawa co chwila pojawiają się grupy ludzi, na twarzach których widać radość, ale i strach. To chrześcijanie. Radość wynika z faktu, że nadchodzi Boże Narodzenie, za chwilę ma się rozpocząć liturgia. Strach wiąże się z niebezpieczeństwem, jakie czeka na tych, którzy gromadzą się, by wspólnie świętować pamiątkę narodzin Jezusa. Wiele świątyń zostało spalonych lub zamkniętych, więc trzeba wynajmować sale w hotelach, restauracjach a nawet centrach handlowych. Tam, gdzie kościoły ocalały i są otwarte obstawia je policja, wspomagana przez odziały wojska. To ochrona na wypadek ataków bojówek islamskich. Ten azjatycki kraj położony na archipelagu jest w większości zamieszkiwany przez muzułmanów. Będący w mniejszości chrześcijanie różnych wyznań, są realnie zagrożeni przez ataki fundamentalistów islamskich. Od ponad dziesięciu lat trwają prześladowania. W tym czasie chrześcijanie byli zabijani, gwałceni, okaleczani i więzieni. W różnych miejscach kraju prześladowania przybierają różne formy, są też okresy względnego pokoju. W tym roku jednak święta Bożego Narodzenia przebiegają pod znakiem strachu i zaostrzonych środków bezpieczeństwa.


Wietnam. 25 grudnia, południe. Na Uniwersytecie w Hanoi trwa egzamin. Dwudziestoletnia Maria Phuong przyszła, mimo że jest katoliczką i chciałaby w tym dniu świętować. Wie jednak, że jej nieobecność wiązałaby się z sankcjami dyscyplinarnymi, w końcu termin egzaminu nie przypadkowo przypada w ten dzień. W tym samym czasie Joseph Ngo pracuje ciężko w fabryce samochodów. Od wczesnego ranka nie miał przerwy, tym bardziej, że tego dnia oczekuje się od niego szczególnej wydajności. Trochę daje się mu we znaki zmęczenie, bo poprzedniego wieczora tuż po pracy uczestniczył w uroczystej pasterce, zresztą w tym samym kościele co Phuong. Wprawdzie ze względów bezpieczeństwa odbyła się we wczesnych godzinach wieczornych, ale jako chrześcijanin chciał wraz z rodziną przy wspólnej wieczerzy przedłużyć atmosferę radości. W końcu jest poważny powód – narodził się nam Zbawiciel.


W jednej z górskich wiosek w większości zamieszkiwanej przez katolików pasterki nie było w ogóle. Miejscowy duszpasterz, ks. Vincent Nguyen nie dostał pozwolenia na jej celebracje, odmówiono mu też samego wstępu do wioski. To kolejny cios dla niego. W ostatnim czasie był bowiem świadkiem ataku na jeden z kościołów w diecezji Huang Hoa. Od kradzieży naczyń liturgicznych gorsza była profanacja Najświętszego Sakramentu. Wprawdzie w Wietnamie jest ok. 9 mln katolików, a więc prawie 10% ludności, ale wolności religijnej nie ma. Słyszy się wprawdzie o polepszeniu stosunków tego komunistycznego państwa z Watykanem, gdzieniegdzie reżim pozwala na pewne ustępstwa wobec Kościoła, ale rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana i przykra. I choć czasy krwawych prześladowań kraj ten ma na szczęście za sobą, to jednak same prześladowania się nie skończyły, dziś po prostu przybierają one inną formę.


Indie. Stan Orissa. Trzydziestopięcioletania Prema Muttathupadathu przygotowuje posiłek dla swoich dzieci. Ma ich czworo, jeden z jej synów został zamordowany dwa lata temu. Wywleczono go z domu i bito do nieprzytomności, żądano, by przeszedł na hinduizm. Nie wyparł się Chrystusa, którego Narodzenie świętował kilka tygodni wcześniej. O czym myślał, gdy go katowano? Czy widział przed sobą Dziecię Jezus otwierające przed nim bramy nieba? Prema wierzy, że tak. Wraz z dziećmi nie wróciła do swojej wioski. Przebywają teraz w obozie dla uchodźców. Boją się wrócić w obawie przed przymusową konwersją na hinduizm lub nawet przed utratą życia. Biskupi w Indiach apelują, by chrześcijanie Boże Narodzenie świętowali dyskretnie, by nie narażać się na kolejne ataki. Zaczęło się dwa lata temu. Fundamentaliści, wyznający zasadę, że w Indiach mogą żyć tylko wyznawcy hinduizmu szczególną nienawiść skierowali w stronę chrześcijan. Pogromy były krwawe i bolesne. Świat milczał. Dziś prawie 20 tys. chrześcijan pozostaje tak jak Prema w obozach dla uchodźców. Tam spędzą Boże Narodzenie. Proszą o jedno – o modlitwę w ich intencji.


Różne kraje, różne systemy, różne powody, dla których chrześcijanie są prześladowani. Ale niestety nie tylko w tych państwach Boże Narodzenie zamiast z pokojem i szczęściem rodzinnym będzie się wiązało ze strachem i szczególną czujnością. W Chinach co chwila słychać o aresztowaniach duchownych, w Arabii Saudyjskiej zakazane jest nawet noszenie krzyżyka, z Iraku wciąż wyjeżdżają kolejne grupy chrześcijan w obawie o życie ... Ale tych miejsc jest znacznie więcej: m.in. Korea Północna, Laos, Iran, Afganistan, Erytrea, Algieria, Bangladesz, Bhutan, Myanmar, Kuba, Liban, Sri Lanka, Sudan, Zimbabwe, Wenezuela, a nawet Turcja i Egipt! Prześladowania wywołują nie tylko fundamentaliści islamscy i hinduistyczni, ale też reżimy komunistyczne i totalitarne. Ale przecież i w demokracjach nie są one rzadkością. Czyż ostatni wyrok Trybunału w Strasburgu w sprawie krzyży we włoskich szkołach nie jest tego przykładem?

Rektor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie w tegorocznym liście na drugi dzień Świąt napisał: „W wielu regionach świata kamienowanie św. Szczepana, o którym słyszeliśmy w dzisiejszym czytaniu, staje się nie tyle przywoływaniem odległej historii, ile wydarzeniem dziejącym się dziś, na naszych oczach.”

Prośmy Boga, by nie brakowało nam gotowości do składania świadectwa Ewangelii, słowem i życiem. Pamiętajmy też w modlitwie o braciach i siostrach w wierze, od których każdego dnia wymaga się najwyższego rodzaju świadectwa.

Przemek

19 grudnia 2009

Św. Wojciech – pechowiec, nieudacznik, czy świadek nadziei?

Jednym z elementów przeżywanej w Ruchu Światło - Życie Modlitewnej Nowenny Miesięcy, związanej z ogłoszonym przez papieża Benedykta XVI Rokiem Kapłańskim, jest przybliżanie w każdym miesięcy sylwetki jednego ze świętych patronów, oraz cnoty którą szczególnie się wyróżniał. Przykład i świadectwo ich życia mają stać się bowiem dla nas zachętą do gorliwości w wierze i umacniać nas w tejże cnocie.

Czym więc zatem wyróżniał się św. Wojciech, który jest naszym patronem w miesiącu grudniu? Patrząc po ludzku praktycznie rzecz biorąc niczego nie osiągnął, można nawet powiedzieć, że jego życie było zmarnowane – nie potrafiąc przekonać własnych owieczek do porzucenia pogańskich obyczajów dwa razy uciekał z własnej diecezji, ukrywał się w klasztorze, a wkrótce po przybyciu na misje wśród Prusów został … zabity. Można zaryzykować stwierdzenie, że najbardziej znany jest właśnie z tego że zginął! Właściwie dopiero po śmierci został doceniony, a jego „sukcesy” zaczęły się dopiero przy jego grobie, a raczej w związku z jego grobem, gdyż jego relikwie spoczywające w Gnieźnie przyczyniły się do utworzenia tam pierwszej na ziemiach polskich metropolii.


Patrząc po ludzku, można uznać go za nieudacznika, w najlepszym wypadku za pechowca. Ale spoglądając z perspektywy wiary nie można zaprzeczyć, że był człowiekiem nadziei! I właśnie ta jego „nadzieja wbrew nadziei” jest dla nas w tym miesiącu cnotą, nad którą mamy pracować. Wojciech posiadał nadzieję, która pchała go w jednym kierunku – wypełniania woli Bożej w przeświadczeniu, że Bóg najlepiej pokieruje jego życiem. Wiedział, że sam niewiele może zdziałać, dlatego wszystko oddawał Bogu, dla Niego był gotowy znosić odrzucenie i „siać we łzach”.

Czy był dobrym misjonarzem? Znów patrząc czysto po ludzku można by powiedzieć, że jego wyprawa misyjna poniosła całkowite fiasko. Ale przecież dobrze wiemy, że "krew męczenników jest nasieniem Kościoła". Paradoksalnie więc, przez swoje męczeństwo przysłużył się rozkrzewianiu wiary bardziej, niż przez duszpasterskie wysiłki.

Ale jest też dodatkowa okazja do wspomnienia tego świętego. Dziś bowiem godność prymasa Polski przejął urzędujący arcybiskup gnieźnieński Henryk Józef Muszyński. Tym samym tytuł prymasa powrócił do stolicy metropolii, zbudowanej na grobie św. Wojciecha. Dotychczas należał bowiem do abp Józefa Glempa, metropolity warszawskiego, noszącego tytuł kustosza relikwii św. Wojciecha. To właśnie dzięki męczeńskiej śmierci Wojciecha i pielgrzymce cesarza Ottona III do grobu swojego świętego przyjaciela Polska zyskała własną metropolię, a przez to niezależność od niemieckiego sąsiada.

Tak więc wbrew pozorom i pomimo wielu porażek św. Wojciech odniósł „oszałamiającą karierę” i co ciekawe, nie będąc Polakiem stał się głównym Patronem Polski. Czy przykład jego życia wciąż może być pociągający? Wydaje mi się, że bez wątpienia tak. Może szczególnie dla tych, którzy przeżywają jakiś kryzys, nie widzą swojego miejsca w świecie, w Kościele, wydaje im się, że ponoszą same porażki. Wojciech pokazuje, że potrzeba trochę cierpliwości, a właściwie ufności w Boży plan. Uczy nas dziś, że coś co w oczach ludzkich jest porażką, w oczach Bożych wcale nie musi nią być, gdyż Bóg w sobie tylko wiadomy sposób może przekuć ją w sukces.

Nowemu prymasowi życzmy potrzebnych łask w nowej posłudze, a przede wszystkim módlmy się o nie dla niego, dla siebie zaś o cnotę nadziei, byśmy na Bogu budowali nasze życie, nie w przekonaniu o własnych sukcesach, lecz w ufności w Jego moc i wspaniały, najlepszy dla nas plan.

Przemek